O autorze
Jestem byłym fotografem agencyjnym. Przepracowałem w firmach Associated Press i Reuters prawie 24 lata, fotografując głównie konflikty zbrojne. Chciałbym pisać o tym, co znalazło się na moich zdjęciach, o fotografii wojennej ale też i moich doświadczeniach, spostrzeżeniach. Wojna jest strasznym doświadczeniem, ci którzy ją przeżyli, wiedzą, że zrobią wszystko, by jej uniknąć.... Zapraszam na moją stronę www.piotrandrews.pl

Moja wojna futbolowa

Fot. Piotr Andrews/ Reuters
Mistrzostwa świata w piłce nożnej w 1998 roku wygrała Francja. To był wspaniały zespół: Thierry Henry, Zinedine Zidane i rewelacyjny bramkarz Fabien Barthez, do którego byłem trochę podobny. Nie miałem pojęcia, jak bardzo mi się to może przydać.

Po objęciu władzy przez Laurenta Kabilę spokój w Kongo panował przez rok. To był jednak tylko pozorny spokój. Wielu uważało Kabilę za marionetkę obcych rządów. Dopatrywali się nadmiernych wpływów Rwandy i Ugandy. Aby zdobyć przychylność sceptyków, nowy prezydent postanowił pozbyć się swoich sojuszników. Ludzi, którzy pomogli mu rok wcześniej podbić Kongo i zdobyć władzę, obalając dyktatora Mobutu Sese Seko. 14 lipca 1998 roku Kabila zwolnił ze stanowiska szefa armii, Rwandyjczyka Jamesa Kabarebe i powołał na to stanowisko Kongijczyka, Celestina Kifwa.
UWAGA! Wpis zawiera drastyczne zdjęcia
Dwa tygodnie później Kabila poprosił wojska Rwandy i Ugandy o opuszczenie Kongo. To posunięcie przyczyniło się do napięcia w szeregach Banyamulenge Tutsi we wschodnim Kongo. Rwanda zaoferowała pomoc. To było zarzewie kolejnej rebelii. Przyłączyła się Uganda.
Dzięki ich wsparciu powstała dobrze uzbrojona grupa pod nazwą Rally for Congolise Democracy, RCD. W jej skład weszli głównie członkowie Banyamulenge. Nowe siły szybko podbiły bogate w złoża wschodnie Kongo. Celem jednak był cały kraj.
Na początku sierpnia 1998 roku poleciałem z ekipą telewizyjną Reutera, producentem Jimim Matthewsem i operatorem Sipho Maseko do Kinszasy. Wcześniej jednak zahaczyliśmy o Nairobi w Kenii. Nocowaliśmy w Nairobi z 6 na 7 sierpnia. Rano opuściliśmy hotel w centrum miasta i udaliśmy się na lotnisko. Lecieliśmy klasą biznes, więc bardzo kulturalnie zaproszono nas do specjalnego pokoju, gdzie mogliśmy poczekać na samolot. Lot był opóźniony o trzy godziny ale w spokoju, w komfortowych warunkach poczekaliśmy zabijając czas, lekturą.



Po przylocie do Kinszasy, w trakcie kontroli celnej, bardzo dokładnie sprawdzano nasze bagaże. Dla nas to był sygnał, że sytuacja jest napięta. Wyglądało na to, że miejscowe służby nie ufały nikomu. Nagle wydarzył się cud. Któryś z celników patrząc na mnie krzyknął "Bartez". I tak dzięki podobieństwu do francuskiego bramkarza, który właśnie ze swoją drużyną zdobył mistrzostwo świata na Mundialu, zostaliśmy VIP-ami.

Afryka żyje piłką nożną. Atmosfera od razu się rozluźniła, a ja jeszcze chwila i zacząłbym rozdawać autografy. W tym samym momencie celnicy zapytali nas, czy wiemy, co się stało w Nairobi. Spojrzeliśmy po sobie „O czym on do diabła mówi? Co niby się wydarzyło w Nairobi?”.

Okazało się, że w czasie, kiedy odprawialiśmy się na samolot, około godziny 10.30 w centrum stolicy Kenii ciężarówka wypełniona materiałem wybuchowym eksplodowała pod ambasadą Stanów Zjednoczonych, zabijając 254 osoby i kolejne pięć tysięcy raniąc.

Byliśmy w szoku. Nie mogliśmy pojąć, że przez tyle godzin siedzieliśmy na lotnisku i nikt po nas nie przyjechał, nikt nas o niczym nie poinformował. Z jednej strony wszyscy pewnie myśleli, że byliśmy już w drodze do Kongo. Z drugiej mieli do czynienia z sytuacją ekstremalną. My w Nairobi byliśmy tylko przejazdem. No i na dodatek, to nie była jeszcze era wszechobecnych telefonów komórkowych. W Afryce zaczynały dopiero być popularne. Nie mogliśmy uwierzyć w to, co się stało, ale już byliśmy w Kinszasie. Nie było sensu zawracać. No i nie było jak.

Pojechaliśmy do Hotelu InterContinental gdzie zatrzymaliśmy się na kilka nocy. Atmosfera w mieście była bardzo napięta. Każdy obcy traktowany jak wróg i szpieg. Ministerstwo informacji przydzieliło nam ochroniarza. Miał za zadanie nas pilnować. Dość głupia sytuacja, ale raczej nie mieliśmy wyboru.

Nasz ochroniarz miał na imię Mark, był bardzo dobrze wykształconym młodym mężczyzną w randze porucznika. Szybko przekonaliśmy się, że jest nam niezbędny. Kilkukrotnie interweniował, ratując nas przed wzburzonym tłumem lub wojskowymi, którzy brali nas za amerykańskich szpiegów.

Któregoś dnia, gdy nasz anioł stróż był nieobecny, postanowiłem porobić zdjęcia na ulicy koło naszego hotelu. Ledwo zdążyłem sfotografować ulicznego golibrodę strzygącego młodego żołnierza, gdy pojawili się inni żołnierze i w niezbyt miły sposób mnie zatrzymali. Oberwałem kilkakrotnie kolbą karabinu w żebra, skonfiskowali mi aparaty i zabrali do jakiegoś rządowego budynku. Szczęśliwie, po paru godzinach oddano mi sprzęt i wypuszczono na wolność. Siniaki miałem jednak przez kilka tygodni.

Przenieśliśmy się do hotelu Mamling, w centrum Kinszasy. Mieszkałem w tym hotelu rok wcześniej i pamiętałem, że mieścił się w dużo lepszej okolicy.
Tymczasem rebelianci zbliżali się do stolicy Konga. Atmosfera stawała się coraz bardziej gorąca. Praca na ulicy była kompletnie niemożliwa. Służby informacyjne Laurenta Kabili wykonały wspaniałą robotę, robiąc ze wszystkich Tutsi oraz cudzoziemców wrogów Kongo.
Nie zapomnę dnia, kiedy wojska rebeliantów były już na przedmieściach Kinszasy. Było to 27 sierpnia. W naszym hotelu pojawili się ludzie z rządu Kabili i zaproponowali, że pokażą nam miasto.

Wybrali jednego fotografa, jednego operatora i jednego dziennikarza. Padło na mnie i kolegę operatora z Reutera, Siphho Maseko. Sipho był postawnych czarnoskórym operatorem mieszkającym na stałe w Soweto w RPA. Spośród dziennikarzy wybrali pewnego Belga. Później odniosłem wrażenie, że ów dziennikarz musiał mieć drugi etat w zupełnie innej organizacji.
Zapakowaliśmy się do samochodów. Prócz naszej trójki w pickupie jechało jeszcze trzech żołnierzy i kierowca w stopniu pułkownika. Pamiętam, że miał czerwony krzyż na rękawie. Był medykiem.
Dosłownie kilka przecznic od naszego hotelu natknęliśmy się na biegnący tłum. Wyszliśmy z samochodu pod eskortą żołnierzy. Nagle pośrodku tłumu dostrzegłem ciało. Przeszły mnie ciarki. Tłum coś skandował, ludzie wymachiwali rękami. Ciągnęli mężczyznę spalonego żywcem.
Jego zbrodnią miała być przynależność do ludu Tutsi. Nagle zatrzymali się koło nas. Jeden z naszych ochroniarzy trzymał w ręku granat i miał podniesionego kałasza.
Sytuacja była mocno napięta. Byłem jedynym białym na ulicy. Czułem, że gdyby nie nasza obstawa to i mnie mógł spotkać los mężczyzny z ludu Tutsi.

Starałem się nie okazać przerażenia i z kamienną twarzą zrobiłem kilka zdjęć. Wiele mnie to kosztowało. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy dalej przez miasto. Po drodze naliczyłem około 12 w podobny sposób spalonych ciał. Cała Kinszasa była jednym wielkim wrzącym kotłem. Dojechaliśmy w okolice lotniska, oddalonego około 20 kilometrów od naszego hotelu. Tam zastaliśmy podobną sytuację. Tłum i spalone ciało. Nagle spośród tłumu miejscowych podszedł do mnie mężczyzna, dotknął mojej piersi i powiedział "Memling 106". To był numer mojego pokoju w hotelu Memling. Otworzyłem szeroko oczy. Nie mogłem uwierzyć. Byliśmy 20 km od hotelu w mieście, w którym mieszka kilka milionów ludzi. A w tym tłumie obcych ludzi był ktoś kto dokładnie wiedział, kim jestem. Spojrzałem na Sipho i powiedziałem " wracamy”.
Przyznaję, użyłem wtedy bardziej niecenzuralnego słowa. Sipho zrozumiał od razu. W drodze powrotnej na jednym z mostów zobaczyliśmy leżącego człowieka. Kopało go kilku żołnierzy. Kierowca się zatrzymał i zapytał czy chcemy to sfotografować. Spojrzałem na niego i powiedziałem, że ja zostaję w samochodzie. Miałem bardzo dziwne przeczucie. Sipho wysiadł i sfilmował jak żołnierze zrzucają żywego mężczyznę z mostu i potem do niego strzelają z broni maszynowej. Była to egzekucja na bezbronnym człowieku. Nie mogłem się nadziwić, że nasz pułkownik z czerwonym krzyżem na rękawie patrzył z uśmiechem, jak zabijali tego człowieka. Afryka była brutalna a życie ludzkie było warte tyle, co nic. Mam jakieś takie przekonanie, że nie robiąc tego zdjęcia uratowałem swoje życie. Miałem zasadę, żeby nigdy nie sfotografować egzekucji. Stop klatki z materiału Sipho ukazały się w Newsweeku.

Jak się okazało, na pomoc Kabili przyszły wojska Namibii oraz zaprawione w boju wojska Angoli, które obroniły Kinszasę.
Stolicę Kongo opuściliśmy jakiś czas później. Polecieliśmy małym samolotem do Brazaville w Kongo Brazaville, stamtąd mieliśmy polecieć do RPA. Ktoś w naszym biurze popełnił jednak mały błąd i zarezerwował nam bilety do Johannesburga przez Abidżan. Dość długa droga, ale nam to nie przeszkadzało. Byliśmy zmęczeni. Spędziliśmy kilka dni w przepięknej stolicy Wybrzeża Kości Słoniowej i wróciliśmy do Johannesburga przez Brazaville oczywiście.

Wojna w Kongo tak naprawdę trwała do 2008 roku i pochłonęła niemal pięć i pół miliona ofiar. Jest to drugi pod względem ofiar konflikt zaraz po drugiej wojnie światowej.
Co do prezydenta DRC, to tak jak się spodziewałem nie umarł śmiercią naturalną. Kabila został zastrzelony przez swojego osobistego ochroniarza w styczniu 2001 roku.
Trwa ładowanie komentarzy...