Wojna domowa w Kongo. Kulisy pracy fotoreportera

Dziewczynka z plemienia Hutu niesie z sobą cały dobytek. W drodze do Rwandy.
Dziewczynka z plemienia Hutu niesie z sobą cały dobytek. W drodze do Rwandy. Fot. Piotr Andrews/ Reuters
Moja pierwsza wyprawa do Rwandy i Wschodniego Kongo zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Był to przepiękny region Afryki pokryty zielonymi wzgórzami, tropikalną roślinnością. A jednak, zawsze gdy tam wracałem, nie mogłem opędzić się od myśli: jak to jest możliwe, że tak rajskie miejsce może kryć tak mroczne tajemnice?

Kongo na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku było w Afryce gospodarczą potęgą. Wyprzedzało je tylko RPA. Dobre czasy się skończyły, gdy władzę w kraju przejął Mobutu Sese Seco. Z każdym rokiem kraj stawał się biedniejszy.
Dziś Demokratyczna Republika Kongo należy do grupy najbiedniejszych krajów na świecie, targanym nieustającymi wojnami i wewnętrznymi konfliktami, z drugiej strony jest także jednym z najbogatszych w złoża mineralne państw. Oprócz ogromnych złóż kobaltu, miedzi i diamentów kraj ten posiada 70 procent światowych zasobów koltanu. Jest również głównym źródłem tantalu, nieodzownego w przemyśle elektronicznym.



Wiele osób uważa, że Afryka jest zacofana, prymitywna i okrutna. Momentami nie jest to dalekie od prawdy. A jednak każdy z nas powinien zdawać sobie sprawę, że wszystkie rebelie i wojny w Afryce są przez kogoś wspierane. To kontynent, na którym ciągle się ścierają się interesy największych mocarstw lub koncernów. Afryka jest wielką, bogatą w złoża kopalnią, eksplorowaną przez mocarstwa świata i międzynarodowe firmy pracujące na ich zlecenie.

Gdy zostałem głównym fotografem Agencji Reuters na Afrykę Południową, szefowie wysłali mnie do Rwandy. To był listopad 1996 roku. Dwa lata wcześniej w tym kraju miała miejsce masakra ludności pochodzenia Tutsi. Ludobójstwo dokonane przez ekstremistyczne grupy plemienia Hutu. Bojówki Interahamwe wymordowały w ciągu czterech miesięcy, od kwietnia do lipca 1994, ponad 800 tysięcy ludzi. Ta tragedia jest uważana za jedną z największych porażek Organizacji Narodów Zjednoczonych od czasu jej powołania. Siły ONZ zezwoliły na uśmiercenie setek tysięcy ludzi, ponieważ nie posiadały mandatu, który by zezwolił na zdecydowane działania.

Do walki z bojówkami Hutu przystąpił Rwandyjski Front Patriotyczny, który pod przywództwem Paula Kagame w lipcu 1996 rozbił siły Hutu oraz obalił dotychczasowy rząd w Rwandzie.

Masakra w Rwandzie i późniejsze obalenie rządu Hutu spowodowały masowy exodus ludności tego plemienia do wschodniego Zairu (dawne Kongo Belgijskie, dziś demokratyczna Republika Kongo zwane Kongo-Kinszasą dla odróżnienia od sąsiedniego Kongo- Brazzawille). Prawie dwa miliony ludzi osiadło w okolicach Wielkich Jezior niedaleko granicy z Rwandą.
Wśród uciekinierów było wielu członków bojówek Interahamwe odpowiedzialnych za większość masakr w Rwandzie. Bojówkarze ci często przeprowadzali ataki na członków plemienia Tutsi mieszkających na terenach wschodniego Zairu (Banyamulenge). Na dodatek prezydent Zairu Mobutu Sese Seko wspierał członków plemienia Hutu.

Sytuacja we wschodnim Zairze doprowadziła do podjęcia przez Rwandę działań militarnych, które miały zapewnić bezpieczeństwo żyjącym w rejonie Wielkich Jezior Tutsi. Rząd w Kigali zaczął szkolić i uzbrajać paramilitarne siły Banyamulenge. Pierwszym celem rebelii było przejęcie władzy we wschodnim Zairze. To przyczyniło się do kolejnego wielkiego exodusu. Setki tysięcy uciekinierów Hutu, aby uciec przed walkami, ruszyły do Rwandy.
Przez kilka dni na początku listopada 1996 roku mieszkaliśmy w Gisenyi przy granicy. Bojówki Banyamulenge zdobywały przewagę nad wojskami Zairu. Pojawiało się coraz więcej uciekinierów z terenów objętych walkami.

Po tygodniu pracy w Rwandzie, gdzie fotografowaliśmy głównie tymczasowe obozy dla uchodźców postanowiliśmy wraz kolegami przenieść do Gomy, miasta po drugiej stronie granicy. Wiedzieliśmy od miejscowych informatorów, że niedługo nastąpi masowy powrót ludzi z Zairu do Rwandy. I tak któregoś dnia na początku listopada byłem światkiem jak kilkusettysięczny tłum, nagle pojawił się na horyzoncie. Wielka masa ludzi. Szli całą szerokością drogi. Końca kolumny nie było widać. Mężczyźni, kobiety, dzieci. I każdy coś niósł.
Małe dziewczynki targające na plecach ogromne tobołki, trzymały za ręce swoje młodsze rodzeństwo, które też niosło tobołki. Niektórzy nie nieśli nic bo nic nie mieli. Nigdy wcześniej i później nie widziałem takiej masy ludzi, którzy z ogromną determinacją parli naprzód.

Następnego dnia wybraliśmy się w kilka osób zobaczyć, jak wygląda obóz Mugunga, w którym większość uciekinierów mieszkała przez ostatnie dwa lata. Na miejscu natknęliśmy się na zabitych żołnierzy, zmasakrowane maczetami ciała cywili. Wędrówka tłumów do granicy z Rwandą trwała kilka dni. Ludzie po raz kolejny uciekali przed wojną. Ich twarze nie wyrażały żadnych emocji. Rysowały się na nich zmęczenie i apatia, w jaką popadamy w obliczu niewyobrażalnego cierpienia. Jakby całkowicie się poddali. A jednak szli.

To był dopiero początek pierwszej wojny domowej w Kongo.

Rebelia we wschodnim Kongo bardzo szybko rozprzestrzeniła się na cały kraj. Ogromne rzesze ludzi niezadowolonych z rządów Mobutu przyłączały się do powstania. Na czele sojuszu zjednoczonych sił walczących z armia Zairu stanął Laurent Desire Kabila.
W dość krótkim czasie siły Kabili opanowały cały kraj, zajmując miasto po mieście. Od Lumumbashi na południowym wschodzie kraju przy granicy z Zambią poprzez pozostałe ważne punkty. I tak w maju 1997 Laurent Kabila roku zdobył Kinszasę. Pokojowe negocjacje poprowadził południowoafrykański prezydent Nelson Mandela. Mobutu Sese Seco został zmuszony do opuszczenia Zairu. Byłem światkiem gdy obalony prezydent wsiadał do samolotu w Point Noire, żegnając się z krajem, którym rządził przez lata.
Wkrótce Laurent Kabila został zaprzysiężony na prezydenta Zairu i zmienił nazwę kraju na Demokratyczną Republikę Kongo (DRC). Patrzyłem na Kabilę w dniu zaprzysiężenia. Otaczali go prezydenci Kenii, Zambi, Angoli, Botswany i nie mogłem oprzeć się myśli, że ten nowy prezydent nie pożyje zbyt długo.
A teraz chwila dygresji specjalnie dla młodych ludzi wychowanych w epoce cyfrowej. W tamtych latach, my fotografowie międzynarodowych agencji mieliśmy ogromną przewagę nad innymi kolegami, pracującymi dla mniejszych agencji, gazet czy czasopism. Naszym atutem były telefony satelitarne. Telefon taki w owym czasie był wielkości ogromnej walizki i ważył około 50 kg. Pozwalał nam jednak przesyłać materiały tego samego dnia. Nasi koledzy musieli swoje filmy przekazywać tak zwanym gołębiom, czyli ludziom lecącym najpierw do Kigali a później do Londynu, Paryża czy Nowego Yorku. Nasza przewaga była więc ogromna. Jedno ze zdjęć, które wówczas zrobiłem na granicy z Rwandą opublikował Time Magazine. Gdy po kilku dniach spotkałem na lotnisku w Gisenyi jednego z moich ulubionych fotografów, pracujących w tym czasie dla Time Magazine, Chrisa Morrisa, ten na przywitanie rzucił mi z uśmiechem „Załatwiłeś nas. Dobra robota.”

Time Magazine opublikował moje zdjęcie na rozkładówce podpisując "Obrazy, które zmieniają świat". Zdjęcia Chrisa były wtedy dopiero w drodze do odbiorcy.

A jednak nasz atut czasami okazywał się minusem. Praca dla agencji była specyficzna. Mogliśmy pracować od świtu do godziny 15-16 po południu. Później trzeba było się skoncentrować na wywoływaniu filmów (Tak, wtedy pracowaliśmy jeszcze na filmach – takich rolkach wkręcanych do aparatu!) wybieraniu zdjęć i ich przesyłaniu. A wówczas przesłanie jednego kolorowego zdjęcia trwało minimum pół godziny.

Przez cała tę procedurę często nie mogliśmy robić zdjęć po południu, kiedy światło było najbardziej korzystne. W tym samym czasie fotografowie z Agencji takich jak Gama, Sygma, Sipa, Saba utrwalali obrazy na diapozytywach. Wykorzystywali przepiękne światło do robienia zdjęć. Mieli więcej czasu. Coś za coś.

Kiedy zaczynałem swoją pracę jako fotograf agencyjny w Associated Press w Związku Radzieckim, jeden z moich pierwszych bezpośrednich przełożonych, szef fotografów na ZSRR, Liu Heng Shin, powiedział coś, czego nigdy nie zapomniałem. „Peter, pracowałem kiedyś dla Time Magazine. To była wspaniała praca. Jedno z najbardziej szanowanych czasopism na świecie. Czułem prestiż. Potrafiłem pracować nad materiałem dłuższy czas. Później publikowano jedno zdjęcie w środku, czasami zdjęcie na okładce, ale bardzo rzadko. Bywało, że materiał w ogóle się nie ukazywał, bo coś innego, ważniejszego się wydarzyło w danym tygodniu. Potem zaproponowano mi pracę dla agencji informacyjnej. Robiłem tak samo dobre zdjęcia, ale wysyłałem je w świat tego samego dnia. Różnica polega na tym, że jeśli historia jest ważna i zdjęcie jest dobre, to ukazuje się następnego dnia we wszystkich gazetach i magazynach na świecie. Także w Time Magazine. Bilans jest prosty”.
Trwa ładowanie komentarzy...