O autorze
Jestem byłym fotografem agencyjnym. Przepracowałem w firmach Associated Press i Reuters prawie 24 lata, fotografując głównie konflikty zbrojne. Chciałbym pisać o tym, co znalazło się na moich zdjęciach, o fotografii wojennej ale też i moich doświadczeniach, spostrzeżeniach. Wojna jest strasznym doświadczeniem, ci którzy ją przeżyli, wiedzą, że zrobią wszystko, by jej uniknąć.... Zapraszam na moją stronę www.piotrandrews.pl

Goryle we mgle

Małe gorylątko w trakcie przekąski.
Małe gorylątko w trakcie przekąski. Fot. Piotr Andrews/ Reuters
Drugi raz w tym samym roku zostałem wysłany do wschodniej Afryki. Znowu doszło do rebelii we wschodniej części Demokratycznej Republiki Kongo, w okolicach wielkiego jeziora Kivu.

Po ogłoszeniu wyników wyborów w listopadzie 2008 roku, kongijski generał z plemienia Tutsi - Laurent Nkunda - nie mogąc się pogodzić ze zwycięstwem Josepha Kabili, wszczął rebelię. W krótkim czasie, wraz z dziesięciotysięczną armią, opanował dużą część płaskowyżu Masisi, terenów wokół wielkiego jeziora Kivu.



Rebelia Nkundy wywołała masowy exodus mieszkańców tych terenów. Ludzie uciekali do tymczasowych obozów we wschodniej części Kongo albo do sąsiedniej Ugandy. Obóz Ishasha na granicy kongijsko-ugandyjskiej był przepełniony i w każdej chwili spodziewano się wybuchu epidemii.
Musiałem tam dotrzeć. Poleciałem więc najpierw do Nairobi a później do Kampali. Tam spotkałem się z naszym miejscowym fotografem, Jamesem Akeną. Obaj załadowaliśmy się do terenowej Toyoty i pojechaliśmy na południowy zachód, do granicy z Kongo. Podróż zajęła prawie dwa dni. Po drodze nocowaliśmy w jednej z wiosek niedaleko Kanungu. Wiele wspomnień zaczęło wtedy do mnie powracać. Osiem lat wcześniej fotografowałem tam ofiary sekty. Te widoki na zawsze wryły się w moją pamięć.

Po dotarciu do obozu Ishasha przy granicy z Kongo i sfotografowaniu setek uciekinierów z terenów objętych walkami, skierowaliśmy się do Ruandy.
Tylko tam mogłem w miarę bezpiecznie przekroczyć granice Kongo. W Ruandzie James musiał mnie opuścić, na terytorium Kongo wkroczyłem pieszo, niosąc swoje tobołki na plecach. Podczas mojej pracy w Afryce kilkukrotnie przekraczałem granicę pomiędzy Gisenyi w Ruandzie a Gomą we wschodnim Kongo.

W Afryce trzeba mieć cierpliwość do miejscowych urzędników. Nauczyłem się, że potrafią być bardzo pomocni, jeżeli okaże się im „małą wdzięczność”. Zanim się tego nauczyłem dowiadywałem się np., że w moim paszporcie brakuje kartek i nie mogę przejść. Podróżowanie po Afryce często przypominało mi wędrówki po republikach byłego Związku Radzieckiego (ale o tym innym razem). Tym razem byłem przygotowany – cała operacja zajęła mi jedynie pół godziny.

Przez kolejne dwa tygodnie fotografowałem uciekinierów w różnych obozach rozsianych po całym terenie. Były ich tysiące. Ludzie mieszkający w namiotach albo szałasach zrobionych z worków po żywności z darów. Chyba każdy, kto choć raz zobaczy tego rodzaju obóz, już nigdy nie będzie narzekał na swoje życie. Takiej biedy nie da się opisać. Trzeba to zobaczyć, poczuć, dostrzec w oczach ludzi, którzy do takich obozów uciekli przed okropieństwem wojny.
Podczas rebelii w Kongo jednak nie tylko ludzie byli ofiarami. Jednak losem zwierząt w ogromie ludzkiego nieszczęścia, niewielu się interesowało.

Ten jedyny w swoim rodzaju górzysty obszar z kilkoma wulkanami i lasem tropikalnym na północ od Gomy zamieszkuje prawie połowa gatunków wszystkich zwierząt występujących w Afryce, w tym górskie goryle. Rezerwat przyrody Wirunga oddalony jest o kilka godzin jazdy samochodem od Gomy.

Moi szefowie zaproponowali, bym skontaktował z władzami parku i spróbował sfotografować goryle górskie. Któż nie słyszał o Dian Fossey i jej „Gorylach we mgle”? Wielokrotnie oglądałem film o niej, taka propozycja, więc mnie zachwyciła. Szybko ustaliłem, że na początku roku 2008 belgijski książę Emmanuel de Merode został mianowany głównym strażnikiem Parku Narodowego. Mieszkał w tej części Afryki od 1993 roku, gdy pracował nad doktoratem z antropologii.
Po krótkiej rozmowie telefonicznej otrzymałem zgodę na zdjęcia i zostałem zaproszony do obozu u podnóża wulkanu Mikeno. Podróż dwoma terenowymi Toyotami zajęła nam większą cześć dnia i do obozu dotarliśmy późnym po południem. Sama podróż to obozu okazała się sporym przeżyciem. W wielu miejscach sądziłem, że już dalej nam się nie uda, z powodu dróżek całkowicie rozmytych przez deszcze, ale wtedy książę wykazywał się niesamowitymi zdolnościami i pokonywał kolejne odcinki trasy z wprawą godną kierowcy rajdowego.

Po krótkiej kolacji usłyszałem, że następnego dnia wyruszamy jeszcze przed świtem. Czekał nas kilkugodzinny forsowny marsz. O trzeciej nad ranem wstałem, zabrałem plecak z aparatami i camelbag z 4 litrami wody.

Wiedziałem, że marsz będzie szybki, ale nie spodziewałem się takiego tempa. Szliśmy po płaskim terenie przez kilka godzin. To nie stanowiło problemu. Nadążałem. Schody jednak zaczęły się, gdy rozpoczęliśmy wspinaczkę. Wulkan Mikeno był porośnięty bardzo gęstym lasem tropikalnym, nie było w nim żadnych ścieżek. Przynajmniej ja takowych nie widziałem. Na szczęście moi przewodnicy dokładnie wiedzieli, w jakim kierunku się przemieszczać. I tak po kolejnych kilku godzinach wycinania drogi maczetami, główny przewodnik poprosił, żebyśmy zaczęli poruszać się bardzo ostrożnie i w całkowitej ciszy. Właśnie weszliśmy na teren zajmowany przez stado goryli.
W pewnym momencie zobaczyłem cień przemykający wśród zarośli. Był to młody samiec, który wydawał się być zaciekawiony poruszeniem pomimo, że szliśmy bardzo powoli.
W ślad za nim zaczęli się wyłaniać z dżungli inni członkowie stada. Zwierzęta okazywały coraz większe zainteresowanie. Niektóre z młodych samców podchodziły do nas prawie na wyciągnięcie ręki. Podczas rozmowy poprzedniego wieczoru książę ostrzegał, że absolutnie nie wolno dotykać goryli. Ludzkie bakterie mogą być dla nich zabójcze. Samice noszące małe gorylątka na plecach były bardziej ostrożne. Ich dzieci spoglądały na nas bardzo uważnie.Robiłem sporo zdjęć, ale także bacznie się przyglądałem ich zachowaniu. Jeden z naszych przewodników dotknął mojego ramienia, pokazując przywódcę stada, który uważnie obserwował nas z pewnego dystansu. Niestety, nie udało mi się go sfotografować. Szybko się schował, jakby już wcześniej miał kontakt z ludźmi.

Spotkanie z gorylami górskimi zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Być tak blisko tych pięknych i dzikich zwierząt, które tak bardzo przypominają ludzi. Za to jestem wdzięczny mojej byłej firmie, za takie właśnie chwile. W ogromie nieszczęść, które widziałem, miałem też niesamowite szczęście przeżyć tak piękne i jedyne w swoim rodzaju momenty.
Spędziliśmy z gorylami prawie półtorej godziny. W końcu nadszedł czas powrotu. Jak tylko rozpoczęliśmy marsz w dół, zdałem sobie sprawę, że całkowicie zdarłem skórę z prawej pięty. Adrenalina i wrażenia spowodowały, że w ogóle nie czułem bólu. Po dwunastu godzinach marszu z przerwą na spotkanie z mieszkańcami tropikalnego lasu wokół wulkanu Mikeno dotarliśmy z powrotem do obozu. Nawet nie próbowałem zdejmować butów, żeby opatrzyć piętę. Dla mnie to nie był koniec marszu. Musiałem niezwłocznie dotrzeć do Gomy. Z jednym z przewodników ruszyliśmy do drogi, oddalonej o dwie godziny marszu. Tereny nie były bezpieczne, bo w okolicy często pojawiali się rebelianci Nkundy. Na szczęście udało się nam przejść bez żadnych incydentów, w umówionym miejscu czekał już na mnie kierowca z Gomy.

Do dzisiaj wspominam to krótkie spotkanie z mieszkańcami Parku Narodowego Wirunga i ludźmi, którzy się nimi opiekują. Sam książę Emmanuel de Merode w maju ubiegłego roku został kilkukrotnie postrzelony przez uzbrojonych napastników. Populacja goryli stale się zmniejsza. Padają ofiarą kłusowników handlujących częściami ich ciał. Małe gorylątka sprzedawane są do kolekcji w prywatnych ogrodach zoologicznych.

Ludzie potrafią być okrutni nie tylko dla siebie nawzajem.
Trwa ładowanie komentarzy...