Łuki i strzały

Fot. Piotr Andrews/ Reuters
Widziałem wiele wojen, ale nigdy nie spodziewałem się, że w dwudziestym pierwszym wieku będę świadkiem prawdziwej wojny na łuki i strzały. Życie bywa jednak zaskakujące.

Pierwszego stycznia 2007 roku odebrałem telefon od mojego kolegi, głównego fotografa Reutera na Afrykę, Radu Sigheti. Zapytał, czy nie chciał bym mu pomóc w Kenii. Kilka dni wcześniej w tym kraju odbyły się wybory prezydenckie. Nie wszyscy jednak byli z ich wyników zadowoleni, co okazywali w sposób raczej mało pokojowy.
Byłem akurat w Dahabie, w Egipcie, gdzie razem z Ireną Stangierską wyrabiałem licencję nurkową Trimix u Czarka Abramowskiego. Powiedziałem więc Radu, że chętnie pomogę, ale wcześniej muszę wrócić do kraju. I tak po skończeniu kursu skontaktowałem się z biurem w Nairobi, żeby ustalić szczegóły. Na przełomie XX i XXI wieku byłem tak samo jak Radu głównym fotografem Agencji Reuters na Afrykę Południową i Wschodnią, a mieszkałem w Nairobi, Kenię znałem więc dość dobrze.



Gdy wylądowałem w Nairobi, jeszcze na lotnisku podszedł do mnie pewien dżentelmen z lokalnych służb. W jakiś sposób wiedział, kim jestem zanim nawet pokazałem mu swój paszport. Pomógł mi przejść przez kontrolę i żegnając ostrzegł, żebym na siebie uważał, bo może być gorąco. Podziękowałem grzecznie i pojechałem do biura, razem z czekającym na mnie kierowcą. „Znowu w Afryce” pomyślałem i uśmiechnąłem się do siebie.
Pierwsze dni pobytu były spokojne, dzięki czemu miałem szansę przypomnieć sobie, jak wygląda miasto. Odwiedziłem stare kąty. Pojechałem zobaczyć, czy mój dom, w którym mieszkałem przed kilkoma laty, nadal stoi. Spotkałem się z przyjaciółmi, których dawno nie widziałem. Miałem też możliwość sfotografować mieszkańców obozu uchodźców koło slumsów Kibera.

Po kilku dniach jednak sytuacja zaczęła się gwałtownie zmieniać. Atmosfera stawała się coraz bardziej napięta. Zaczęło się od pogrzebu 28 osób, które zginęły w zamieszkach w pierwszych dniach po wyborach.
Po pogrzebie wybuchły kolejne zamieszki w Nairobi.

Następnie doszło do starć międzyplemiennych w mieście Nakuru na północ od Nairobi. Wsiadłem w samochód i pojechałem sprawdzić, co tam się dzieje. Wydawało mi się, że w każde miejsce docieram spóźniony. W pewnym momencie podjechałem do budynku, w którym leżało kilkanaście ciał ofiar walk.
Wiedziałem, że sytuacja w każdej chwili może się wymknąć spod kontroli. Dostałem informacje, że jest sporo rannych w szpitalu.
Gdy tam podjechałem wszyscy moi koledzy z innych agencji już odjechali i byłem sam. Czasem to zły znak, a czasem błogosławieństwo, bo nie muszę pracować w tłumie kolegów fotoreporterów i dziennikarzy.

Zrobiłem zdjęcia kilku osobom rannym w trakcie starć, i gdy miałem już opuszczać szpital, przez główne drzwi wszedł młody chłopak ze strzałą w głowie.
Strzała wyglądała jak stara antena radiowa przyczepiona do głowy. Chłopak miał szeroko otwarte oczy. Zrobiłem mu szybko kilka zdjęć długim obiektywem ale zorientowałem się, że jest kompletnie zagubiony.

Przestałem robić zdjęcia, podszedłem do niego, chwyciłem za ramię i zaprowadziłem do pokoju, gdzie pracował personel z organizacji „Lekarze bez granic”. Zawołałem głównego lekarza, który natychmiast przejął chłopaka. Po chwili zabierali go już na salę operacyjną. To był naprawdę iście surrealistyczny widok. Człowiek ze strzałą wbitą na w głowę. Później dowiedziałem się, że udało się go uratować.

Nie ukrywam, że miałem dużą satysfakcję. Pomogłem człowiekowi, może niewiele, ale zareagowałem, nie skupiłem się jedynie na fotografowaniu.

Kilka dni później byliśmy w Naivashy. Mieszkaliśmy w niemal całkowicie opuszczonym hotelu blisko jeziora, nad którym można podziwiać różowe flamingi. Niestety, nam nie było to dane. W hotelu mieszkała też para hiszpańskich turystów. Z przerażeniem w oczach dopytywali czy można bezpiecznie wyjść do miasta. Zanim zdążyliśmy im odpowiedzieć w okolicy rozległy się strzały z broni palnej.
Z uśmiechem odpowiedzieliśmy, że raczej nie… Owszem, byliśmy trochę cyniczni.
Z Naivashy skierowałem się w kierunku Kercho, obszaru Kenii słynącego z pięknych pól herbaty. Niestety tam też było niespokojnie. Trochę to wtedy wyglądało tak, jakby wszystkie plemiona w Kenii chciały z sobą walczyć.

W końcu dotarłem do miasta Chepilat, na północny zachód od Nairobi. Tam natknęliśmy się na dwa plemiona przygotowujące się do walki. Na szczęście dopiero przygotowywali łuki i strzały.
Najpierw spalili domy i szkoły swoich przeciwników, a potem doszło do bitwy. Pracowałem tam wtedy z moim przyjacielem z Ban Bang Club - Joao Slivą. W pewnym momencie rozdzieliliśmy się i znaleźliśmy po przeciwnych stronach frontu. Joao był schowany za jedno drzewo a ja, po drugiej stronie linii frontu, za jakąś drewnianą chatkę. Miejscowi wojownicy wydawali wojenne okrzyki.
Wystrzeliwali strzały z łuków, strzelali z proc. Było to niebezpieczne ale i w pewien sposób zabawne. Cały czas jednak miałem w pamięci chłopaka ze strzałą w głowie. Nie opuszczała mnie też jeszcze jedna myśl - gdyby te same plemiona miały dostęp do broni maszynowej, a ta tak naprawdę była bardzo niedaleko, bo w pobliskiej Somalii, wtedy cały ten konflikt miałby zupełnie inny wymiar.
Tuż po Chepilat moi szefowie zadzwonili, żebym pojechał do miejscowości, w której mieszkała babcia Baracka Obamy. W Ameryce zbliżały się właśnie wybory prezydenckie. Ruszyłem więc niezwłocznie do babci przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych, zastanawiając się w drodze (po raz kolejny w swoim życiu), jakimi prawami rządzi się świat mediów…
Trwa ładowanie komentarzy...