Żołnierze się przygotowywali, chociaż ostateczne decyzje o inwazji jeszcze nie zapadły. Wciąż trwały rozmowy i zabiegi dyplomatyczne. Inwazja miała nastąpić, jeżeli Saddam Husajn nie pozbędzie się broni chemicznej, która, rzekomo, miała znajdować się na terenie jego państwa.
Nie było możliwe, by dotrzeć do Iraku bezpośrednio z Kuwejtu. Poleciałem więc do Jordanii, aby wystarać się o wizę. Pomimo moich kilkukrotnych wizyt w ambasadzie Iraku oraz tak zwanych dobrych koneksji, wiza była wciąż odległa. Irakijczyków pracujących w ambasadzie bardzo interesowało na jakich zasadach mam aż 3 paszporty. Dwa kanadyjskie i jeden polski. Oglądali wszystkie, szukając w nich stempli paszportowych z Izraela - na szczęście, podczas moich wizyt w Izraelu, służba graniczna na lotnisku Ben Guriona, przybijała stemple na oddzielnej kartce papieru...
Czas mijał, a ja wciąż nie miałem wizy. 24 grudnia wróciłem do Kuwejtu i tam spędziłem Święta oraz Nowy Rok razem z kolegami z Agencji Reuters.
Jakby nie dość było kłopotów z wizą, odnowiła mi się stara kontuzja. Jeszcze na lotnisku próbowałem uratować przed upadkiem pewnego Kuwejtczyka, który potknął się o mój wózek bagażowy, podtrzymałem go i właśnie wtedy poczułem, że moje plecy się zbuntowały. Zdążyłem tylko dojechać do hotelu i, walcząc z bólem, dotrzeć do najbliższej apteki.
Szczęśliwie w Kuwejcie wszystkie leki można było kupić bez recepty. Jednak Wigilię i dwa świąteczne dni spędziłem w hotelowym łóżku. Koledzy na szczęście rozpieszczali mnie, przynosząc do pokoju najlepsze smakołyki z hotelowej restauracji, specjalnie szykowane przez zaprzyjaźnionego szefa kuchni. Nie pracowałem, kręgosłup bolał, ale za to jakie smaczne to były święta!
Jeszcze przed Sylwestrem stanąłem na nogi. Nowy Rok przywitałem już na pustyni, niedaleko granicy z Irakiem, razem z operatorem z Reutera i żołnierzami armii amerykańskiej, którzy z okazji święta mogli włożyć cywilne ciuchy.
Żołnierze rozpalili ognisko z drewnianych palet. Płomienie wznosiły się na ponad pięć metrów. Z tamtej nocy w głowie utknął mi taki widok - jeden z żołnierzy (później dowiedziałem się, że w cywilu był kaznodzieją) w mundurze klęczał na pustyni obok swojego karabinu maszynowego oraz butelki szampana i modlił się. Na wojnie każdy modli się do swojego Boga o zwycięstwo. Dookoła tego modlącego się, inni wznosili toasty za Nowy Rok i złorzeczyli Saddamowi. Było to dość surrealistyczne doświadczenie. Wielu z tych młodych ludzi (o ile nie większość), nie miało pojęcia, dlaczego się tam znajduje. Powiedziano im, że mają obalić strasznego dyktatora i wprowadzić demokrację w tym dalekim i dzikim kraju.
Dziwnie się czułem, patrząc na tych młodych ludzi, mówiących z taką pewnością siebie o swoim rychłym zwycięstwie. Wizę do Iraku dostałem tuż po Nowym Roku. Ruszyłem więc do Ammanu w Jordanii i stamtąd poleciałem Bagdadu, do krainy Saddama. Towarzyszył mi mój przyjaciel, operator Ahmed Bahadu.
Przylecieliśmy na lotnisko Saddama, jedynego słusznego przywódcy Iraku. Tam czekał już na nas nasz osobisty „opiekun”. W tym czasie wszystko było kontrolowane przez miejscowe służby. Nie musieliśmy udawać kogoś innego niż byliśmy i to bardzo ułatwiało sprawy. Irakijczycy wiedzieli, kogo zapraszają i dlaczego.
Saddam był wszechobecny. Jeszcze na lotnisku, czekając na odprawę, sprawdzałem, ile portretów Saddama dostrzegę z jednego miejsca, nie zmieniając pozycji. Naliczyłem siedem. Były po prostu wszędzie. John Lennon kiedyś powiedział, że Beatlesi byli bardziej popularni niż Jezus. Może i tak, ale Saddam ich pobił. Nawet w Moskwie nie widziałem tylu portretów Lenina.
Z lotniska udaliśmy się do słynnego hotelu Rashid, w centrum miasta. Później, po inwazji, cały teren został przejęty przez Amerykanów i przemianowany na Green Zone.
W hotelu cały czas trzeba się było mieć na baczności. Tam każdy gość był przez cały czas obserwowany. Kelner, recepcjonista, sprzątaczka, czasem dziwne lustro w pokoju. Najlepszym rozwiązaniem było spanie z rękami na kołdrze i omijanie politycznych rozmów.
Słyszałem opowieść o pewnym dziennikarzu, który nie zastosował się do tej rady i znalazł wideo ze sobą jako gwiazdą filmu dla dorosłych, w miejscowym sklepie z DVD. Nie wiem, czy ta historia była prawdziwa, ale wziąłem ją sobie do serca.
W Bagdadzie nigdy nie pracowaliśmy w pojedynkę i zawsze mieliśmy ze sobą opiekuna z ministerstwa propagandy i kierowcę, który też pracował dla rządu. Każdy z nich oczywiście zarzekał się, że jest przeciwko Saddamowi.
Pamiętam, jak pewnego dnia nasz opiekun usiadł koło mnie i zaczął recytować wiersz po hebrajsku. Wiedziałem, w jakim mówi języku, ale nie dałem po sobie tego poznać (spędziłem sporo czasu w Izraelu od roku 2000). Po wyrecytowaniu kilku wersów przerwał, spojrzał na mnie i zapytał, czy znam ten wiersz. Bezczelnie zapytałem, jakim dialektem mówił, bo nie był to chyba język arabski. Izrael był wrogiem numer jeden Iraku i gdybym wtedy się zdradził, że rozpoznaję hebrajski, mój opiekun dostał by medal, a mnie spotkała by święta iracka inkwizycja... Naszym głównym zadaniem było jeżdżenie za inspektorami ONZ, szukającymi broni chemicznej w okolicach Bagdadu. Irakijczycy także oglądali amerykańskie filmy o policjantach i złodziejach, więc chcieli za wszelką cenę udowodnić, że są lepszymi kierowcami niż ci z imperialistycznej Ameryki. I tak każdego dnia byłem uczestnikiem szaleńczego rajdu, bo każdy z kierowców (wszystkie ekipy miały swouch kierowców) chciał być najlepszy.
Ale prócz tych zwariowanych wyścigów samochodowych, fotografowaliśmy wiele demonstracji przeciwko potencjalnej inwazji wojsk koalicyjnych na Irak. Wydawało się, że ludzie nie chcieli tej inwazji. Na pewno część chciała obalenia Saddama, ale nie za cenę, jaką im później przyszło zapłacić. Bagdad sprzed inwazji był w miarę bezpiecznym miejscem. Nigdy nie mieliśmy problemu z agresją. Wieczorami jeździliśmy ze znajomymi do bardzo dobrych restauracji, chodziliśmy po ulicach i kupowaliśmy pamiątki na targowiskach w różnych częściach miasta. Jedną z ulubionych pamiątek były zegarki z wizerunkiem Saddama. Miałem sporo zamówień od moich kolegów i zawsze miałem dużo frajdy, wybierając zegarek z Saddamem ze strzelbą bądź w turbanie. Później, gdy wyjeżdżałem Iraku z małym woreczkiem tych zegarków bałem się, że zostanę zatrzymany na granicy za przemyt. Do Bagdadu przyjeżdżało coraz więcej dziennikarzy, to było najlepszym sygnałem nadchodzących wydarzeń. Na dwa dni przed moim wyjazdem spotkaliśmy się w kilka osób u jednej z dziennikarek dużej brytyjskiej gazety. Dyskusja była gorąca, bo większość gości uważała, że usunięcie Saddama będzie dobrym posunięciem. Tylko mój kolega i ja upieraliśmy się, że to nie o prawa obywatelskie czy dobro narodu irackiego toczy się gra, ale po prostu o ropę naftową.
Do Bagdadu przyleciałem samolotem, ale z jakiegoś powodu nie mogłem z niego odlecieć, więc przyjechał po mnie kierowca z Ammanu. Pamiętam, jak tuż przed granicą z Jordanią mój kierowca wlał do baku samochodowego 120 litrów paliwa, a gdy zapytałem, ile zapłacił, usłyszałem: „Półtora dolara”. Za całość. I wszystko stało się jasne.
Spędziłem w Bagdadzie Saddama miesiąc, rozmawiając z ludźmi, fotografując jego mieszkańców. To, co mnie zaskoczyło, to to, że większość Irakijczyków była bardzo dobrze wykształcona. Ich edukację można było porównać do edukacji, jaka była w Polsce przed rokiem 1990. Na pewno wiedzieli więcej o Ameryce niż Amerykanie wiedzieli o Iraku. Nie byli świadomi, że za chwilę wszystko się zmieni, a Irak nigdy nie będzie już taki, jak kiedyś.
Opuszczając to miasto, wiedziałem, że czas Saddama się kończy i że tam wrócę. Nie sądziłem jednak, że będzie to powrót do miasta zupełnie innego. Miasta, gdzie spacer po ulicy będzie niebezpieczną grą, w której ceną jest życie.
