Ostatnia Masakra w Sarajewie miała miejsce 28 sierpnia 1995 roku. Na zatłoczoną ulicę Sarajewa spadł 120mm pocisk zabijając blisko 40 osób i raniąc około 180. (Dla niezorientowanych dodam, że 120 mm to są np. pociski czołgowe, odłamkowo–burzące). Teraz czytamy o takich wydarzeniach prawie codziennie, może to zatrważająca oznaka naszych czasów, jednak dwadzieścia lat temu to wydarzenie wstrząsnęło światem. Może dlatego, że nie było wtedy internetu i nie byliśmy zalani potokiem całkowicie zbędnej informacji, potokiem, z której trudno wyłowić ważne informacje…UWAGA! Wpis zawiera drastyczne zdjęcia
A może po prostu świat nie był jeszcze aż tak zły i pełen przemocy albo były to jeszcze czasy, w których wojna nie była tak powszechna.
Pamiętam ten dzień prawie jak dziś. Razem z moim bliskim przyjacielem z Agencji Reuters, Danilo Kristanowicem, wybraliśmy się na poranną przejażdżkę samochodem pancernym na kawę do centrum Sarajewa w pobliże Alei Snajperów. To był przepiękny dzień. Świeciło słonce. Od kilku tygodni w Sarajewie panował spokój, ludzie byli pełni optymizmu i nadziei. Kafejki były wypełnione po brzegi mieszkańcami wręcz spragnionymi normalnego życia. Zostawiliśmy samochód i postanowiliśmy razem z Danilo pospacerować wzdłuż alei Snajperów. Wielu tak zrobiło tego dnia. Fotografowaliśmy życie codzienne w mieście, które powoli budziło się z wojennego koszmaru.
Tak właśnie myśleliśmy my - mieszkańcy Sarajewa. Spacerowaliśmy, oddychaliśmy spokojem i wędrowaliśmy do jednej z naszych ulubionych kafejek. Zdążyliśmy minąć wejście do rynku i popularnego targu, doszliśmy do katedry, kiedy nastąpił niesamowity wybuch. Ledwie kilkaset metrów za naszymi placami zobaczyliśmy gęsty dym. Wiedzieliśmy już, że moździerz albo pocisk czołgowy. Od razu ruszyliśmy w kierunku wybuchu. Pamiętam, że serce waliło mi niemiłosiernie, myślałem: zawsze są dwa pociski, czy spadnie drugi? Dobiegliśmy i zobaczyłem sceny, których nie chcę więcej oglądać w moim życiu.
Ludzie bez nóg leżący na ulicy, przewieszony przez barierkę młody człowiek z gigantyczną dziurą w plecach, starszy mężczyzna stojący, jakby skamieniały, ludzie biegający i krzyczący. Nie pamiętam, jak robiłem zdjęcia. Wiem tylko, że nie trwało to długo. Ledwie po chwili razem z Danilo pobiegliśmy po samochód, by kilkoro rannych zawieźć do szpitala.
Jeżeli ktoś kiedyś zapyta o najważniejszy dzień w moim życiu, odpowiem, że to był ten dzień 28 sierpnia 1995. I wiem, że nie chcę, żeby się on się kiedykolwiek powtórzył. Obaj z Danilo, dziękowaliśmy Bogu, że nie zginęliśmy. Dwie, może trzy minuty – tyle dzieliło nas od śmierci.
W książce Barbary Demick "W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy". Moje zdjęcie było opisane tak... „Siedemnastolatek Adnan Ibrahimagić miał wyjechać z miasta w piątek, by dołączyć do przebywającej w Wiedniu matki. W ostatniej chwili odwołał wyjazd, oświadczając, że nie może żyć bez Sarajewa. W poniedziałek wybrał się z kolegą do śródmieścia po ćevapčići sprzedawane w sklepie naprzeciwko hali targowej. Znalazł się na najbardziej znanym zdjęciu z masakry, stając się twarzą kampanii społecznej przeciwko ludobójstwu w Bośni. Makabryczna fotografia przedstawia martwe ciało chudego nastolatka przewieszone przez barierkę przed serwującą posiłki na wynos garmażerią. Jego kolega, szesnastoletni Dario Glouhi, został ranny; lekarze amputowali obie nogi, próbując ratować chłopcu życie, ale Dario i tak umarł”.
Jeszcze tego samego dnia przyszli do naszego biura funkcjonariusze z Ambasady Amerykańskiej. Daliśmy im wydruki zdjęć, które zrobiliśmy razem z Danilo. W ciągu następnych dwóch dni NATO zaczęło bombardować pozycje serbskie wokół Sarajewa.
Dla mieszkańców Sarajewa wojna się skończyła. Ale nie dla mnie... Były następne.
OD REDAKCJI:
Za zdjęcie masakry w Sarajewie Piotr Andrews został nominowany do nagrody Pulitzera w 1996 r.
