Pomyślałem wtedy, że to wspaniała okazja na spotkanie z prezydentem Mandelą i zrobienie mu zdjęć, więc odpowiedziałem, że oczywiście. Fotografowałem prezydenta Mandelę zanim został prezydentem, jeszcze w roku 1994. Wtedy wraz z członkami Bang Bang Club Kevinem Carterem, Kenem Oosterbroekiem, Joao Silvą, Gregiem Marinovicem, Garym Bernardem, Jamesem Nachtwayem oraz moim serdecznym przyjacielem Davidem Brauchli (dziś mieszkającym w Czechach) jeździłem i fotografowałem zmiany w RPA przed wyborami. O tym jednak opowiem innym razem. Wracając do Angoli i 1998 roku - rankiem razem z trojgiem moich przyjaciół (wspomnianą Deborah, moją współpracowniczką z Reutersa Lesley Wroughton i Adilem Bradlowem, fotografem z AP) pojechaliśmy do prezydenckiej rezydencji dla gości. To był taki mały domek, a ja spodziewałem się tłumu reporterów. Zastanawiałem się więc przez drogę, jakie zdjęcia uda mi się zrobić. Tymczasem przyjeżdżamy pod rezydencję a tam pusto. Ochrona przepuściła nas dalej i tu nagle wita nas sama Zinzi, córka Mandeli i prowadzi do jednego z pokojów. Jesteśmy sami. I w tym momencie dopiero dotarły do mnie słowa Deborah: „Madiba zaprasza nas na śniadanie”.
W pokoju stał stół nakryty dla sześciu osób a chwilę później do pokoju wszedł sam Nelson Mandela.
Wszyscy oniemieliśmy ze zdziwienia. Mandela się z nami po kolei przywitał i zaprosił do stołu. I tak zaczęło się jedno z najbardziej niezwykłych śniadań w moim życiu. Niby jedliśmy, ale w ogóle tego nie pamiętam. Pamiętam za to niemal każde słowo z tego niesamowitego wykładu o RPA, Afryce oraz życiu tego w moich oczach Wielkiego Człowieka.
Zobaczyłem chyba po raz pierwszy naprawdę (bo czym innym jest wiedzieć o faktach, słuchać o nich, a czym innym poczuć, zrozumieć całą swoją istotą), co przeżył i jak wiele poświecił dla równouprawnienia mieszkańców Afryki. Zadawaliśmy pytania a on z takim niesamowitym spokojem i cierpliwością wyjaśniał nam wątki, które nas interesowały szczególnie. To była fascynująca lekcja historii, pokory, determinacji. A tym co nas najbardziej uderzyło to jego niespotykana wręcz skromność. Madiba opowiadał o 27 latach w więzieniu, ale nie mówił o sobie, a głównie o swoich współtowarzyszach walki z apartheidem. O tym, co sam przeżył, napomykał nieśmiało.
Półtorej godziny minęło, jak jedna chwila i czas było się zbierać. Prezydent pożegnał się z każdym z nas, po czym wsiedliśmy do swojego auta. W drodze do hotelu w samochodzie panowała cisza, pod tak wielkim wrażeniem była cała nasza czwórka. I co ważne ani Adil ani ja nie zrobiliśmy żadnego zdjęcia. Zjeść śniadanie z Mandelą, mieć go na wyłączność przez półtorej godziny i nie przywieźć żadnego zdjęcia na dowód. Zawodowi fotografowie z dwóch największych agencji na świecie. Niezrozumiałe?
A jednak. To, po prostu, nie był ten moment. Fotograf musi wiedzieć, kiedy może i powinien fotografować, a kiedy musi uszanować zastaną sytuację i pokornie zapisać obraz w pamięci. Moje koleżanki, Adil i ja nigdy tego dnia nie zapomnimy.
Swoje zdjęcie z Mandelą jednak mam. Rok później, gdy Madiba kończył swoją kadencję i odchodził na emeryturę, przyjaciel pracujący dla Agencji AFP Odd Andersen zrobił mi zdjęcie z Mandelą. Pamiętam, że byłem bardzo wzruszony, gdy Madiba ujął moją dłoń oburącz i patrząc mi w oczy z tym swoim uśmiechem mędrca, wysłuchał jak dziękowałem mu za to, kim był.
Ostatni raz fotografowałem Mandelę, gdy przekazał władzę swojemu zastępcy i następcy Thabo Mbeki.
Wiem, dziś w epoce selfie, kiedy nawet Prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama robił sobie zdjęcie na pogrzebie Mandeli moja opowieść brzmi jak historia z innego świata, a jednak tej rozmowy, tego śniadania nie zamieniłbym żadne selfie. To nie ta bajka.
